Przejdź do głównej zawartości

Mniej znaczy więcej

Każdy, kto otwiera swoje pierwsze studio, marzy o jak największej ilości sprzętu. Przecież wiadomo, że im więcej lamp posiadamy, tym lepiej. Przynajmniej kiedyś tak właśnie myślałem...

W szczytowym momencie używałem na sesji 11 lamp. W większości były to "pięćsetki" plus parę lamp o mocy 1000-2000 Ws. Robiłem wtedy najczęściej zdjęcia dla Cersanitu lub Barlinka, gdzie budowaliśmy w studio łazienki lub całe pokoje. Jedną lampką oświetliłem umywalkę, drugą wannę, trzecią fragment ściany i w ten sposób nawet 11 lamp to czasem było mało. Efekt, który osiągałem nie był zły, ale nie miał też często wiele wspólnego z naturalnym oświetleniem, które chciałem symulować. Duża ilość lamp powodowała też sporo problemów, zwłaszcza z ustawieniem wzajemnych proporcji i z krzyżującymi się cieniami. Na te ostatnie byłem zawsze mocno uczulony, więc walczyłem z nimi zawsze za wszelką cenę.

Im więcej miałem lamp na sesji, tym dłużej trwały zdjęcia, bo dużo czasu zajmowało mi rozpakowanie i ustawienie świateł, a potem ponowne poskładanie wszystkiego. A na dodatek ciągle nie byłem zadowolony ze światła na moich zdjęciach.

Nie pamiętam dokładnie momentu, gdy zacząłem rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, jak myśleć o  świetle, jak się go uczyć. To był raczej ciągły proces codziennego patrzenia na świat, na każdy jego element. Któregoś dnia zrozumiałem chyba, jak zachowuje się światło przechodzące przez szklankę z piwem, innego dnia pojąłem coś na temat cieni, jakie rzuca kobieta siedząca pod drzewem i tak to szło. Im więcej obserwowałem wszystko, co mnie otacza, tym więcej uczyłem się o charakterze światła, jego kolorze i intensywności. Obserwacja otoczenia o każdej możliwej porze, to najlepsza szkoła światła. Można to robić w każdej wolnej chwili, zwracając uwagę na to, jakie światło pada na konkretny przedmiot, jaka może być jego temperatura, od czego może się odbić, jaki ma to wpływ na kolor, jak układają się bliki, jak tworzą cienie itd.

A im więcej obserwowałem, tym bardziej przekonywałem się, że najczęściej najlepszy efekt daje jedno źródło światła. Jedno mamy przecież Słońce, które potrafi świecić na milion sposobów. A to raz rozproszy się na chmurach, raz zaświeci bardzo nisko albo z wysoka, innym razem ostrym światłem wypali wszystkie szczegóły, przejdzie przez gałęzie drzew, albo odbije się od ściany. Jedno źródło, nieskończenie wielka różnorodność.

Zacząłem powoli redukować ilość lamp na sesji. Najpierw do 6-7, potem do 4, a teraz zdarza mi się zrobić sesję z jedną lub dwiema lampami. Najczęściej jednak chyba wykorzystuję 3 lampy, gdzie zwykle jedna najsilniejsza jest głównym światłem, a pozostałe mają za zadanie tylko doświetlanie cieni. Ma to same zalety, mniej sprzętu trzeba wozić ze sobą, krócej trwają sesje (ale wcale nie krótko....), znacznie łatwiej też jest zapanować nad sprzętem.

Prawie tak samo, jest w naturze...prawie, bo w rzeczywistości choć mamy tylko jedno słońce do swoich usług, to wszystko naokoło ma swój udział w tym, jak postrzegany Świat. Drzewa, ściany, ludzie, samochody, a nawet koty odbijają światło, działają  jak ekrany, rozbijają cienie, modyfikują kolor. Podobnie można działać w studio. Jedna mocna lampa plus ekrany i możemy zbudować światło podobne do naturalnego. Z naciskiem na "podobne", bo zbudować w studio oświetlenie, którego wprawne oko nie będzie mogło odróżnić od naturalnego, jest już trudno. Ograniczenia są natury fizycznej i niektóre z nich są bardzo trudne do przejścia. Jedno z nich jest szczególnie kłopotliwe. Gdy mamy dwa drzewa stojące obok siebie, to gdy są oświetlone naturalnie słońcem, ich cienie są równolegle. Gdy oświetlimy te drzewa lampą, ich cienie będą tworzyły kąt rozwarty. Aby uzyskać równoległe cienie musimy cofnąć lampę aż w okolice....słońca :)

Wracając już do kwestii ilości lamp, w sytuacjach, gdy pracuję z minimalną ilością lamp, w tej chwili moim głównym światłem jest generator Elinchroma RX 2400, a światło wypełniające to "pięćsetki". Coraz częściej taki właśnie zestaw lamp mi całkowicie wystarcza, zwłaszcza, że staram się jak najwięcej  używać w tej chwili ekranów.

Na tym zdjęciu użyłem tylko jednej lampy stojącej  na prawo od dziewczyn i świecącej na białą ścianę po prawej. Światło odbijające się od niej jest już mocno rozproszone. Na lewo z boku i na wprost stały duże ekrany, które miały za zadanie wypełnić cienie. W ten sposób jedną lampą zrobiłem całe oświetlenie.


Na tym zdjęciu również światło robi jedna lampa stojąca na prawo od aparatu. Jednak tutaj użyłem trzech dodatkowych lamp, aby w pomieszczeniach obok i na dole nie było bardzo ciemno. Gdybym jednak zdecydował się zamknąć wszystkie drzwi i nie było widać piętra poniżej, to jedna lampa całkowicie załatwiłaby sprawę.


Jeżeli więc będziecie inwestować w swój pierwszy sprzęt, polecam najpierw kupić jedną silną lampę i ekrany, potem jeszcze jedną, już słabszą i na początek wystarczy :)

Komentarze

Artur pisze…
Bardzo mądrze powiedziane. Czasem jedna żarówka modelująca 60W czyni cuda. (przynajmniej w akcie :)
Anonimowy pisze…
Bardzo przydatny wpis. Dziękuje.
Unknown pisze…
Dla mnie rownież. I tez dziękuję

Popularne posty z tego bloga

Zacznijmy od Volvo czyli wreszcie koniec

Już dawno nie miałem tak intensywnego okresu w pracy jak te ostatnie kilka miesięcy. Patrząc co się działo na blogu to,  mogło to wyglądać jakbym nic nie robił, a w rzeczywistości było zupełnie inaczej. Jeździłem po Polsce, zrobiłem 2,083 kalendarza, prowadziłem warsztaty, sam wziąłem udział w jednych, przekonałem się, że z Włochami pracuje się jednak bardzo dobrze, wsparłem na Kickstarterze projekt budowy podobno najlepszego na świecie filtra polaryzacyjnego, zepsułem kartę graficzną, przeszedłem z Aperture na Capture One, nakręciłem mój pierwszy film poklatkowy, przekonałem się, że Retina to nie zawsze dobra rzecz, wpadłem na jeden rewelacyjny pomysł, fotografowałem w strefach zagrożenia wybuchem, wykładałem na uniwersytecie, zrobiłem moją stronę ( no, prawie.. ), bylem na Nocy Reklamożerców,  kupiłem kilka nowych zabawek i co najważniejsze, zdążyłem kupić bilety na pierwszy pokaz Gwiezdnych Wojen. O wszystkim tym, albo prawie o wszystkim będę niedługo pisał, bo zamier...

Asystent

Kiedyś przez wiele lat pracowałem sam  i nawet nie w głowie mi było, by komuś pozwolić podejrzeć, jak robię zdjęcia. Zawsze zdawało mi się, że jeśli ktoś zobaczy, jakie stosuję triki i metody, to zdobędzie wielką tajemnicę, która pozwoli mu na przejęcie klienta. Potem zrozumiałem, że to tak nie działa. Pierwszych dwóch asystentów wybrałem intuicyjnie, następnych już bardzo świadomie, bo dokładnie wiedziałem już, czym się kierować. Po pierwsze, przyszły asystent musi chcieć nim być. Przez moje studio przewinęło się w ciągu ostatnich 10 lat około 30-40 osób, sporo z nich przychodziło z Technikum Fotograficznego na miesięczne praktyki. Już pierwszego dnia było widać, czy chcą się czegoś nauczyć, czy tylko zaliczyć. Jeśli nie byli zainteresowani tym, co działo się w studio, to od razu proponowałem im, by przyszli tylko po podpis w dzienniku praktyk i nie zawracali mi głowy. Bardzo jestem ciekawy, czy dzisiaj pracują w zawodzie. Po drugie, asystent musi rozumieć, po co jest asy...

Cudowny kalendarz

Właśnie dotarł do mnie kalendarz z moimi fotografiami, który pięknie wydało  Centrum Usług Drukarskich , czyli CUD. Jest 12-stronicowy i ma  niezwykły format 17x100 cm. Własny kalendarz zawsze cieszy :) Projekt zrobił Bronek Józefiok, z którym współpracuję od dawna. Jego autorstwa jest też logo Fotografii Pro. Kalendarz jest oczywiście po to, by wisieć u kogoś na ścianie. Przygotowuję teraz listę moich współpracowników i klientów, którzy go dostaną. Ale uda mi się też wygospodarować 5 egzemplarzy, które będę mógł rozdać moim Czytelnikom. Jeżeli więc macie na niego ochotę, zostawcie komentarz do tego postu. Jeśli więcej osób będzie chciało go mieć, odbędzie się losowanie. Oczywiście w obecności Komisji Pilnującej By Było Jak Trzeba :)