Od Citroena do Toyoty czyli jak wybrać samochód dla fotografa - część 1

Wszystko przez Citroena C4 Picasso. Normalnie spodobał mi się ten dziwnie, czy też oryginalnie wyglądający samochód. Przeczytałem na jego temat wszystko, co się dało, na stronie Citroena ( błagam, zmieńcie tę stronę na taką, którą da się normalnie przeglądać ) i dałem się namówić na wycenę mojego samochodu, który miałem zostawić im w rozliczeniu. Gdy podałem już wszystkie możliwe dane, łącznie ze stanem piór wycieraczek i poziomem płynu do spryskiwacza, nie wspominając o podaniu wszystkich danych osobowych, dowiedziałem się, że bardziej opłacałoby mi się samemu sprzedać samochód. Cóż, to akurat nie zdziwiło mnie.
Skoro podarowałem Citroenowi tyle moich cennych danych, na pytanie, czy mogą do mnie zadzwonić, by umówić się na jazdę próbną, odpowiedziałem twierdząco. Do tej pory, gdy chciałem przejechać się jakimś samochodem, po prostu odwiedzałem salon i prosiłem o jazdę próbną. I nawet w większości wypadków, dawali mi się przejechać. Dlatego nigdy nie rozumiałem, po co jest ten cały mechanizm zapisywania się na jazdy. To znaczy wiem, po co on jest, darmowe dane osobowe to cenny kąsek, nie rozumiałem tylko, kto chciałby w ten sposób umawiać się na jazdę. Czy w ten sposób zostanę lepiej potraktowany?
Dla celów naukowych, postanowiłem to na sobie przetestować i podzielić się z wami tą wiedzą, zdobytą w sposób bardzo przyjemny. Ale o tym później, gdyż do podjęcia tego wyzwania przyczynił się jeszcze jeden samochód.

Volvo V40. Kombi z niego żadne, ale za to jaką ma piękną sylwetkę! Tak naprawdę, to miałem ochotę przejechać się Focusem. Wprawdzie jego wnętrze wciąż sprawia, że bolą mnie oczy (choć ostatnio nawet trochę mniej), to wiem, że jeździ świetnie. Gdy już obejrzałem każdy skrawek karoserii i wnętrza, milion razy wsiadłem i wysiadłem, trzaskając drzwiami, a nadal nikt do mnie nie podchodził, stwierdziłem, że idę obejrzeć Volvo, po drugiej stronie salonu. Tam od razu podszedł do mnie sprzedawca i trochę porozmawialiśmy o V40. Sprzedał mi na początek cenną informację o tym, że przez dwa pierwsze miesiące tego roku będzie możliwe odliczenie całego VATu od ceny samochodu. A działo się to wszystko w listopadzie i nikt jeszcze oficjalnie wtedy o tym nie mówił. Na wieść o tym moje zainteresowanie gwałtownie wzrosło i z miejsca umówiłem się na jazdę próbną. Ponieważ wersja, którą chciałem się przejechać ( benzyna 1,6 - 150 KM ), miała pojawić się w salonie za tydzień, zostawiłem wizytówkę, a pan obiecał się ze mną telefonicznie umówić na jazdę próbną.

Minął tydzień, potem kolejny, a telefonu dalej nie było. Wtedy przypomniałem sobie, że od miesiąca już czekam na kontakt z Citroena! Czyli już dwie firmy mają mnie w nosie! A przecież nie kupuję pietruszki, tylko chcę wydać grube kilkadziesiąt tysięcy. Czyżby sprzedaż samochodów w Polsce była na tak wysokim poziomie, że ani importerom, ani dealerom nie zależy na klientach? Postanowiłem to dokładnie sprawdzić. Moim Fordem jeżdżę od nowości już dokładnie 10 lat i choć nic się w nim nie psuje (na szczęście!) to mam już wielką ochotę na następny. Tylko jaki?
Teoretycznie powinno być to kombi, ale z drugiej strony już z trudem mieszczę się z całym sprzętem, a z czasem będzie pewnie jeszcze gorzej, gdy kupię sobie jakieś nowe zabawki. Może więc coś mniejszego, a za to dającego więcej radości z jazdy? Ponieważ ciągle nie znam na to pytanie odpowiedzi, postanowiłem sprawdzić wszystkie samochody, jakie potencjalnie wchodzą w grę. A przy okazji sprawdzić, w jaki sposób podchodzą do nas importerzy samochodów. Przyjąłem założenie, że samochód ma mieć benzynowy silnik, przyśpieszenie do setki poniżej 11s, automatyczną klimatyzację, alufelgi i możliwie mało nowoczesnych bajerów w stylu monitorowania, czy kierowca nie powinien napić się kawy. Czyli nie wymagam nic nadzwyczajnego.

Problemem takich jazd próbnych jest czas ich trwania. Czy przejechanie dwudziestu kilometrów spowoduje, że wyrobimy sobie zdanie na temat samochodu? Tak, ale będzie ono tylko w niewielkim stopniu oparte na faktach, głównie będzie to nasze wrażenie. Jeżeli samochód podobał nam się już wcześniej, zwrócimy uwagę na te rzeczy, które nam się podobają i zbagatelizujemy wady.
Uważam, że jedna jazda to zdecydowanie za mało. Warto pojeździć różnymi samochodami i dopiero wtedy umówić się na drugą jazdę samochodem, którym jesteśmy najbardziej zainteresowani. I warto posłuchać relacji dziennikarzy motoryzacyjnych, którzy danym samochodem jeżdżą kilka dni i mogą go porównać z setką innych. Ja słucham audycji Jacka Balkana i Sławka Paruszewskiego.


Na pierwszy ogień poszła Toyota. Nigdy nie były to dla mnie samochody przyciągające wzrok, ani wzbudzające emocje, ale nowa Toyota Auris wygląda bardzo dobrze, a kombi nawet jeszcze lepiej. Mam też dobre doświadczenia z przeglądów rejestracyjnych, jakie przez kilka lat robiłem w serwisie Toyoty. Również kilku znajomych jeżdżących samochodami tej marki, robiło jej zawsze dobrą reklamę. Więc czemu nie? Wypełniłem na stronie internetowej formularz kontaktowy i czekałem na telefon. Krótko czekałem. Na drugi dzień zadzwonił do mnie sprzedawca z salonu i umówiliśmy się jazdę.
Do salonu wszedłem punktualnie co do minuty, miła pani z recepcji zaprowadziła mnie do sprzedawcy i po krótkiej rozmowie, podpisywałem już papiery, w których godziłem się na pokrycie szkód w czasie jazdy, wynikłych z mojej winy, o ile będą poniżej 1000 zł. Zapewniłem w związku z tym, że jeśli wjadę już w inny samochód, to na pewno zrobię to tak, by blacharz miał dużo roboty i poszliśmy do samochodu. Wiedziałem już wcześniej, że Aurisem z silnikiem 1,6 130 KM będę mógł pojeździć tylko w wersji hatchback, zamiast kombi, ale uznałem, że i tak dowiem się tego, na czym mi zależy.
źródło: Toyota


Jazdę zacząłem od rozejrzenia się po wnętrzu. O ile z zewnątrz Auris podobał mi się, to w środku musiałem szybko zweryfikować swoje poglądy. Zdecydowanie nie przypadła mi do gustu deska rozdzielcza. I nie chodzi mi nawet o kształt, ale o materiały, z jakich jest zrobiona. Bardzo nie podobały mi się zegarek elektroniczny rodem z lat osiemdziesiątych, z okropnym niebieskim podświetleniem i wyjątkowo źle wyglądające srebrne wstawki.

źródło: Toyota
Ponieważ sprzedawca nie przejawiał ochoty, by cokolwiek mi pokazywać i tłumaczyć, ustawiłem lusterka i pojechaliśmy. Wielkim plusem było dla mnie, że mogłem dowolnie wybrać sobie trasę i jej długość. Przejechałem około 20 kilometrów, wybierając dobrze znane mi ulice, gdzie mogłem porównać jakość zawieszenia do mojego Mondeo. Przejechałem też kilka kilometrów trasą wielopasmową, by ocenić poziom hałasu. Ogólnie wrażenia były niezłe. Spodziewałem się wprawdzie, że przy małych prędkościach silnik będzie cichszy (i tak był cichszy, niż mój diesel), ale za to jadąc 140 km/h, można było swobodnie rozmawiać, a przy tym samochód prowadził się bardzo pewnie. W trakcie jazdy komputer pokazywał średnie spalanie (z ostatnich jazd testowych) na poziomie 8,5l, ale sprzedawca zapewniał mnie, że przy normalnej eksploatacji powinno osiągnąć 7 - 7,5l.

Do niczego właściwie nie mogłem się przyczepić, samochód w miarę chętnie przyspieszał, choć wolał to robić na niższych biegach, zawieszenie pracowało bardzo cicho na wybojach, układ kierowniczy i skrzynia biegów działały w sposób tak pozytywnie neutralny, że nie zapamiętałem z jazdy nic więcej. Niestety, nic też mnie nie ujęło, nic nie sprawiło, by serce zaczęło szybciej bić. Po prostu poprawny samochód do przemieszczania się z jednej sesji na drugą.

Obejrzałem dokładnie bagażniki kombi i tu też nie było ani dobrze, ani źle. 530 litrów brzmi nieźle, ale litry Toyoty wyglądały na jakieś bardzo małe, gdy porównałem je do 540 litrów mojego Mondeo. Nie wyglądało na to, bym zmieścił tam tą samą ilość sprzętu, co do mojego samochodu. Podobało mi się natomiast rozkładanie tylnych siedzeń przez pociągnięcie jednej dźwigni. Dostajemy dzięki temu prawie płaską podłogę. Prawie, bo idealnie płasko nie jest, a z jednego z oparć wystają mocowania siatki podzielającej przestrzeń pasażerską. Przewiezienie długiego lustra może być więc problemem.

źródło: Toyota
Cena takiego samochodu w wersji wyposażenia Premium z pakietem Comfort, lakierem metalic i rabatem wyprzedażowym (rok produkcji 2013) to około 73.000 zł. To także nie przemawia do mnie na korzyść Aurisa. A na pewno już nie zachęcają  koszty przeglądów, co 15.000 km przegląd podstawowy za około 700 zł, a co 30.000 km rozszerzony za około 1100 zł.
Na koniec wsiadłem jeszcze do Avensisa, tam wnętrze wywarło na mnie zdecydowanie lepsze wrażenie.
Podsumowując, bardzo miła obsługa, ale sprzedawca nie próbował mnie przekonać, że to właśnie ten samochód powinienem kupić. Z jednej strony doceniam to, bo nie lubię wmawiania mi czegoś na siłę, z drugiej strony, zabrakło mi pasji sprzedawcy, gdy opowiada o samochodzie. Jak inaczej może to wyglądać, mogłem stwierdzić dopiero po jeździe próbnej Mazdą 3. Ale o tym jutro.

Czytaj dalej o Maździe 3

Etykiety: