Aperture vs Lightroom czyli test nieobiektywny

Przy okazji jednego z ostatnich postów na temat Aperture, jeden z czytelników o pseudonimie Kashiash, spytał, co zyska przechodząc z Lightrooma na Aperture. Uznałem, że to bardzo dobre pytanie, co najmniej tak samo ważne jak to, czy lepszy jest Canon czy Nikon. Wy oczywiście wiecie, co ja o tym sądzę :)

Aby podejść do tematu solidnie, ściągnąłem trial Lightrooma, by zobaczyć, co się pojawiło nowego w czwartej wersji. Przyznaję się, że nie poświęciłem kilkunastu godzin na dogłębne poznanie wszystkich funkcji i mogę się mylić co do szczegółów.
Aby było łatwo porównać oba programy, stworzyłem katalog z trzydziestoma zdjęciami i wgrałem do każdego z programów. Nie będzie to kompletny test, a raczej skupienie się na istotnych różnicach. Nie miejcie wątpliwości, że wychodzę z założenia o wyższości Ap, gdybym tak nie uważał, to nie używałbym go :) Postarałem się jednak znaleźć też wszystkie pozytywne cechy Lr. Ponieważ nie pracuję na nim, mogłem o czymś nie wiedzieć i przez to pominąć jakąś funkcję.

Interfejs ( albo jak kto woli interface )

Po odpaleniu Lr powitał mnie ten sam nielubiany przeze mnie interfejs. Wiadomo, to kwestia gustu, podobnie jak interfejs Nikona i Canona. Ale zawsze najbardziej bawił mnie dodany na końcu bocznego menu ornament :) 
Dla mnie, przyzwyczajonego od lat do Aperture, sposób prezentacji zdjęć, czy to całych, czy miniaturek, jest po prostu mało elegancki. Jednak najbardziej denerwujące było dla mnie zawsze przełączanie między Library, a Develop. W Aperture mogę wyświetlić miniaturki i na każdej z nich wprowadzać korekty ( np. by wyrównać kolor między nimi ), a tu nie mogę tego zrobić. To bardzo nieprzyjemne ograniczenie.
Brakuję mi też możliwości wyświetlania pełnego ekranu z jednym zdjęciem i panelu do obróbki.
W Lightroomie za to łatwiej włączyć niektóre funkcje np. można zobaczyć, jak wygląda zdjęcie w wersji czarno-białej, naciskając po prostu V. W Aperture trzeba przesunąć suwak lub włączyć w menu odpowiedni preset. Naciskając jeden klawisz, możemy też zobaczyć wszystkie przepalenia na zdjęciu, w Aperture trzeba nacisnąć kombinację trzech. To niby taki mały detal, ale gdy robimy to kilkadziesiąt razy przy obróbce jednego zdjęcia to już robi to różnicę.
Podaję tu oczywiście tylko przykłady, robienie dokładnej analizy guzikologii nie jest moim celem :)

Tak wygląda Aperture w momencie obróbki zdjęcia i wyświetlenia wszystkich możliwych informacji
W Lightroomie natomiast wygląda to tak



Obróbka zdjęć (albo wywoływanie )

Znacznie lepsze niż, w wersji 3, są teraz pędzle. Wreszcie można ich prawie normalnie używać, bo wcześniej były to jakieś dziwolągi. Prawie, bo szybko zauważyłem bardzo dziwną rzecz. Gdy ustawimy jeden pędzel na zmniejszenia saturacji i zdejmiemy kolor ze zdjęcia, a następnie weźmiemy drugi pędzel i ustawimy go na zwiększanie saturacji i przejedziemy po tym samym obszarze zdjęcia co poprzednio to odzyskamy kolor !!!!! Przecież to jest bez sensu. W Aperture, każdy kolejny zastosowany pędzel uwzględnia już efekt działania poprzedniego, a tu nie. 

Dla równowagi Lightroom ma coś, co chciałbym mieć w Aperture. Malując pędzlem maskę, można na niej zastosować działanie kilku ustawień, np. kontrastu i saturacji. W Aperture trzeba każdą maskę malować oddzielnie. A więc remis? Niezupełnie. W Aperture możemy bowiem zrobić maskę z  krzywych albo levelsów. Możemy też ustawić dany parametr na całym zdjęciu, a następnie wygumować pędzlem te obszary, gdzie nie chcemy tego ustawienia. Jest też świetna funkcja rozmywania brzegów maski, tak, jakbyśmy rozmazywali palcem rysunek robiony węglem. Ja bardzo często z tego wszystkiego korzystam. 

Mam zastrzeżenia do zakresu działania niektórych funkcji. Np. kontrastu nie można pociągnąć w zbyt dużym zakresie.. Ale już ekspozycja ma teoretycznie dużo większy zakres niż w Ap. Teoretycznie, bo na suwaku możemy ustawić maksymalnie +5, podczas gdy w Ap +2, jednak w Ap, gdy dojdziemy do maksimum, to możemy wpisać dowolną wartość, aż do +9,99, czyli dwukrotnie większą. Podobnie możemy robić z prawie wszystkimi innymi funkcjami.
W Lr nie da się wyświetlić dwóch wersji tego samego zdjęcia i każdej z nich obrabiać inaczej. Tu zdjęcie prześwietlone jest o 5 działek
W Ap można wyświetlić kilka wersji tego samego zdjęcia i każdą obrabiać zupełnie inaczej. Tu mamy oryginał, prześwietlenie o +5 i o +9,99. Zauważcie też, że +5 w Ap to trochę mniej niż +5 w Lr

Bezsprzecznie zaletą Lr jest wbudowana korekcja obiektywów, podobnie jak w Photoshopie. Tego brakuje mi w Ap.
Natomiast brakuje mi w Lr łatwego resetu poszczególnych sekcji. Może jakoś da się to zrobić, ale mnie nie udało się tego znaleźć.
Zdecydowanie też wolę Ap, jeśli chodzi o sposób wyświetlania informacji o zdjęciu. Panel, który przypomina wyświetlacz aparatu, jest bardzo przejrzysty.


Zarządzanie fotografiami 

No i jakby to powiedzieć.... by nie powiedzieć, że tu Lr nie ma czego szukać? Apple pokazało tu, że wie jak powinno wyglądać zarządzanie dużą biblioteką zdjęć. Nawet jeśli jest to bardzo duża biblioteka. Lr na starcie zaproponowało mi, że doda zdjęcia do biblioteki, ale same zdjęcia pozostaną tam, gdzie są. Dla większości tego typu rozwiązanie wyda się najbardziej naturalne. Ale to nie oznacza, że najlepsze. W Ap tego typu rozwiązanie też jest możliwe i gdy rozpoczynałem moją przygodę z tym programem, też wybrałem tę opcję. Po miesiącu miałem już taki bałagan w zdjęciach, że mogłem zrobić tylko jedno. Wszystko wyrzucić i zacząć jeszcze raz. Taki był efekt, że raz oglądałem zdjęcia przez Ap, raz bezpośrednio z poziomu systemu i tu coś wyrzuciłem, tam coś przeniosłem, a na końcu zrobił się czysty chaos.
Tym razem zrobiłem  to po bożemu, czyli pozwoliłem, by Ap założył swoją własną bibliotekę i tam wrzucił wszystkie pliki. Miałem wprawdzie wrażenie, że wrzucam zdjęcia do czarnej dziury, w której nie mam pojęcia co się dzieje, jednak po jakimś czasie przekonałem się, że to wszystko działa i dzięki temu mam już porządek.
Ap pozwala na tworzenie katalogów, projektów, albumów, inteligentnych albumów i stołów świetlnych. Dzięki temu możemy budować różne struktury katalogów w zależności od naszych potrzeb. Co najważniejsze, jedno zdjęcie może być w wielu albumach, fizycznie będąc tylko w jednej kopii na dysku.  Wyobraźcie sobie, że macie dużą kolekcję zdjęć przyrody i chcecie je podzielić na tematyczne albumy : woda, góry, las. Gdzie w takim razie umieścicie zdjęcie górskiego potoku wypływającego z lasu? Oczywiście wrzucicie to zdjęcie do każdego z tych albumów, choć fizycznie będzie na dysku tylko w jednej kopii.

W Lr też można skopiować zdjęcia do nowego miejsca, ale nie powstanie z tego biblioteka jak Ap. Mimo, że wskazałem mu katalog, gdzie chciałem trzymać zdjęcia, Lr zrobił w nim osobne katalogi i podkatalogi w/g dat stworzenia plików
Lr automatycznie podzielił zdjęcia w/g dat, zamiast stworzyć jeden katalog
Jeden projekt i kilka albumów, które potem stworzyłem

Różnice znajdziemy też w sposobie wyświetlania zaznaczonych zdjęć. Tu każdy program ma swoje wady i zalety. Lr potrafi wyświetlić więcej zdjęć, jednak robi to w dokładnie takiej kolejności, jak są segregowane. Ap wyświetli maksymalnie 12 zdjęć, ale można to zrobić w dowolnej kolejności.


Lr ma jedną ciekawą funkcję, można naciskając klawisz L podświetlić tylko zaznaczone zdjęcia.



Ap natomiast potrafi wyświetlić wszystkie zdjęcia naraz na pełnym ekranie i obrabiać je. Czyli co komu jest potrzebne :)


I na koniec przełączane biblioteki. Nie pamiętam już, kiedy Ap je wprowadził, ale nie wiem, jak mogłem bez nich funkcjonować :). Mam więc kilka różnych bibliotek stałych, stworzonych tematycznie, a także dlatego, że mam za dużo zdjęć, by wszystko ( również to co mało ważne ) trzymać w jednej.
Tworzę też biblioteki doraźnie np. gdy wracam z sesji to mogę z laptopa wyeksportować jeden projekt z właśnie zrobioną sesją jako bibliotekę. Dzięki temu, wszystkie opisy, zaznaczenia, obróbki, które zrobiłem w czasie sesji, przenoszę automatycznie. Wystarczy potem tylko wgrać na główny komputer nową bibliotekę i albo zostawić ją jako osobną, albo złączyć z inną.
Często też, jako kompletną bibliotekę, wysyłam Gosi zdjęcia do obróbki. Dzięki temu widzi, które zdjęcia zaznaczyłem, które wstępnie obrobiłem itd.
Możemy też bibliotekę Ap otworzyć na dowolnym Macu przez iPhoto.




I cała reszta ( w tym jedna super ważna rzecz )

Od przedniej wersji zmieniło się tu w Lightroomie dużo ważnych rzeczy. Przede wszystkim pojawiły się prawie wszystkie funkcje, które do tej pory były tylko w Aperture. Jest więc narzędzie do tworzenia książek i portfolio w pdfie oraz geotagowanie. Są stacki czyli grupowanie zdjęć w stosy, gdzie możemy wyświetlić się tylko jedno zdjęcie leżące na samej "górze", a w razie potrzeby rozłożyć cały stos i zobaczyć wszystkie zdjęcia.
Celowo też nie wymieniam całej masy rzeczy, które są w obu programach i działają podobnie, jak choćby presety czy sterowanie aparatem. Trzeba przyznać, że oba programy nawzajem zapożyczają od siebie najróżniejsze funkcje. I bardzo dobrze, my użytkownicy tylko na tym korzystamy.

Jest jeszcze jedna ważna różnica, która sprawia, że już tylko z tego powodu warto wybrać Ap.
Jest to Vault czyli kopia zapasowa. Czegoś takiego Lr nie posiada, a ja nie wyobrażam sobie, by nie posiadać aktualizowanych prawie codziennie kopi zapasowych moich bibliotek.
Tu znowu pojawia się temat bibliotek, jakie tworzy Ap. Dzięki temu, że wszystkie zdjęcia, metadane, ustawienia obróbki, struktury katalogów itd. są w jednym miejscu, można bardzo łatwo zrobić kopię.
Działa to w taki sposób: Na początku wybieramy inny dysk i program robi tam kopię całej biblioteki. Gdy potem zaimportujemy do naszej biblioteki następne zdjęcia lub jakieś skasujemy albo obrobimy coś czy dopiszemy nowe słowa kluczowe to system wykryje, że "tu zaszła zmiana" i można zrobić nową kopię. Robimy to przez naciśnięcie jednego przycisku, a wtedy wszystkie kopie automatycznie się zaktualizują. Jeżeli skasowaliśmy zdjęcia, to zostaną one usunięte z kopii i umieszczone w katalogu "usunięte pliki" - to dodatkowe zabezpieczenie przed przypadkowym skasowaniem zdjęć. Zawsze możemy je wtedy odzyskać.
Z kopii możemy odzyskać całą kompletną bibliotekę Ap, podobnie jak z Time Machine możemy odzyskać cały komputer.

Tu widzicie dwie kopie tej samej biblioteki, które są na dyskach podłączonych na stałe i jedną kopię na zewnętrznym dysku, teraz odłączonym


Podsumowanie

Nie wiem czy Was przekonałem do Ap, ale pokazałem najważniejsze różnice. Ja nie mam wątpliwości, że Ap jest dla mnie dużo lepszy. Czekam tylko z niecierpliwością na kolejną wersję. Aktualna jest już dosyć stara, a mimo to i tak świetnie sobie radzi. Gdy pojawi się nowa, wyczekiwana chyba tak samo jak nowy Mac Pro, to zapewne będzie jeszcze ciekawsza.
Nie opisałem tu całej masy funkcji, bo pisałbym pewnie jeszcze przez tydzień. Na koniec wspomnijmy jeszcze o cenie. Lr kosztuje około 480 zł, Ap około 260 zł :)

Etykiety: , , , ,