Reset mózgu czyli przemyślenia o fotografii

Z wykształcenia jestem nawet elektronikiem ale mimo to w bardzo głupi sposób potrafiłem zepsuć swój amplituner. W efekcie musiał on powędrować do innego elektronika, który przez dłuuuugi czas naprawiał go. Nic w tym dziwnego zresztą, skoro jeden scalak płynął do nas ze Stanów statkiem, odwiedzając po drodze pół świata.
W końcu wczoraj mogłem znowu posłuchać dźwięku przez duże DŹ :) Mam absolutnego fioła na punkcie dźwięku i mogę godzinami słuchać ulubionych płyt, delektując się brzmieniem instrumentów na równi z samą muzyką.
Przez czas, gdy mój Arcam był w naprawie, musiałem się zadowolić małą wieżyczką Panasonica. Jak na takie maleństwo to dobry sprzęt, ale z niecierpliwością czekałem na powrót Arcama.

Przez pół godziny podłączałem wszystkie kabelki (używam czterech końcówek mocy do bi-ampingu, a cała reszta amplitunera jest nieużywana, kino domowe dawno mi się znudziło) (o fotografii będzie za chwilę...) i wreszcie usłyszałem pierwsze dźwięki.
No!!!! wreszcie!!! Co za dźwięk!!

Chociaż w sumie.... czy aż tak to się różni od małej wieżyczki???? Hmm...

A jednak... O, tu słychać różnicę, o i tu jest tak ładnie, no i tu też....


Dokładnie w takiej kolejności pojawiały się moje odczucia na temat dźwięku. Od zachwytu, który pojawił się, nim jeszcze dotarło do mnie, co słyszę, po lekkie rozczarowanie i w końcu powolną satysfakcję.
Skąd się to wzięło? Już tłumaczę (tak, o fotografii będzie za chwilę...).
Przez kilka ostatnich miesięcy mój mózg musiał wysłuchiwać dźwięków dalekich od ideału. Malutka wieżyczka, choć bardzo się starała, nie mogła zapewnić wysokiej jakości. Procesor  odpowiedzialny za słuch w moim mózgu zaczął się korygować dźwięk tak, abym słyszał możliwie najlepiej. Trochę podciągnął dźwięk, trochę wmówił mi, że taki, jaki jest, bardzo mi się podoba. Wyłączył też odbiór pewnych wrażeń. W efekcie przyzwyczaiłem się do tego, co słyszę i zaczęło mi się to podobać. Prawie nawet uznałem, że to maleństwo świetnie gra.

Gdy włączyłem mój właściwy sprzęt, po pierwszej euforii, nie zauważyłem różnicy. Mózg nadal był w trybie skorygowanego dźwięku i obcinał większość informacji, która do mnie docierała. To tak, jakbym zamiast RAWu dostał mały JPG (to jeszcze nie jest ta właściwa część o fotografii). Dopiero po jakimś czasie mózg zorientował się, że teraz już może wyłączyć korekty i znów przestawić się na tryb pełnych wrażeń.  Niestety, pod tym względem mózg pracuje bardzo powoli i parę dni musi upłynąć, nim zacznę w pełni doceniać dźwięk. W pewnym sensie muszę na nowo uczyć się słuchać, zwracać uwagę na brzmienie, relacje między instrumentami, scenę, przestrzeń, dynamikę, barwę itd. Im więcej będę się starał, tym więcej będę słyszał.
Po paru dniach znowu odkryję bogactwo dźwięku.

wszystko może być inspiracją do nowego myślenia 


Wczoraj doszedłem do wniosku, że tak samo może być z fotografią (no i jest o fotografii). Oglądając fotografie w jednym stylu, jaki lubimy, zaczynamy się przyzwyczajać się do niej i mózg zapamiętuje, że tak właśnie wygląda najlepsza możliwa fotografia. Jeżeli jest to rzeczywiście fotografia wysokich lotów, to nie ma nawet w tym nic złego, ale jeśli oglądamy tylko amatorskie produkcje to już gorzej.

Jednak nawet, jeśli będziemy oglądać samego Vogue, to i tak możemy ulec jakiemuś ograniczeniu percepcji. Ich fotografie krążą wokół pewnego kanonu (uwielbiam go) i w końcu przyzwyczaimy się do niego i uznamy za jedyny słuszny.
Chyba warto co jakiś czas zrobić sobie całkowity reset mózgu i zobaczyć coś całkiem innego, nawet, jeśli kompletnie się to nam nie podoba. Dlatego lubię chodzić do galerii sztuk nowoczesnych, nawet, jeśli potem nabijam się z tego, co tam zobaczę.

PS. Działanie muzyki na fotografię już kiedyś opisałem  TU :)

Etykiety: ,