Hipnotyczny łomot

W deszczu i błocie, trochę już przerzedzonym tłumie, obejrzałem ostatnie koncerty OFFa. Czekałem na tylko jedną kapelę i przez przypadek odkryłem jeszcze dwie inne, które zrobiły na mnie wrażenie. Pierwsza to Oneida, łomot na dwie perkusje z elementami wszystkich możliwych brzmień. Słyszałem tam od dziwięków Yello, przez Enigmę, Skrzeka, techno, dub, trans, punk po rytm pędzącego pociągu. Było wszystko. Za wyjątkiem dobrego nagłośnienia, ale to można organizatorom darować, bo zapewnić dobry dźwięk w namiocie nie jest łatwo.

Deus sprawił, że padający deszcz przestał przeszkadzać. Dźwięk był piękny, a dla mnie to już powód, by wsłuchać się w muzykę i dobrze się bawić. W sumie to nawet świeciło słońce :)




Wszystkie wcześniejsze kapele jednak przestały mieć znaczenie, gdy usłyszałem pierwsze dźwięki PiL. Po kostki w błocie słuchałem hipnotycznego rytmu muzyki. Johnny i trzech innych starszych kolesi pokazali klasę. O muzyce nie powinno się mówić, tylko jej słychać. Zapraszam na moje nagranie. Poczułem się, jak przed laty, gdy chodziłem na koncerty z Grundingiem, by je nagrywać. Tylko Grundiga zamieniłem na ajfona :)







Na koniec mały wkurzający akcent. Gdy chciałem zwrócić niewykorzystane bony, dowiedziałem się, że mogę to zrobić, ale następnego dnia. Co za kosmiczny bezsens i nabijanie nas w butelkę przez organizatorów. Musisz zużyć wszystko, a jak nie to dymaj tu specjalnie na drugi dzień. No i w ten sposób znowu przypomniał mi się PRL. Podchodziłem do ludzi i mówiłem: Bony sprzedam...


Sorry Winnetou, business is business...




Etykiety: , ,